Kiedy pierwszy raz powiedziałem żonie, że marzy mi się pozwolenie na broń, spojrzała na mnie tak, jakbym właśnie oświadczył, że zamierzam hodować aligatory w wannie. „Po co ci to? Czy my żyjemy w Teksasie? A może masz kryzys wieku średniego i zamiast motocykla wybrałeś Glocka?”
Cóż, może trochę miała rację. Ale prawda jest taka, że strzelectwo to nie tylko huk i zapach prochu (choć ten zapach jest uzależniający, nie będę kłamać). To dyscyplina, spokój i niesamowita satysfakcja, gdy trafiasz w „dychę” z 25 metrów.
Jeśli myślisz, że w Polsce broń jest tylko dla policjantów, gangsterów i myśliwych – jesteś w błędzie. Zdobycie własnej „klamki” jest trudne, ale wykonalne. Oto moja historia – krok po kroku, bez owijania w bawełnę.
Krok 1: Zapisz się do klubu (i przestań być samotnym wilkiem)
Wszystko zaczyna się od decyzji. Aby uzyskać pozwolenie na broń do celów sportowych (najpopularniejsza i najsensowniejsza droga w Polsce), musisz stać się sportowcem. Brzmi dumnie, prawda? Nawet jeśli twoja kondycja ogranicza się do biegu do lodówki podczas reklam.
Musisz zapisać się do klubu strzeleckiego posiadającego licencję PZSS (Polski Związek Strzelectwa Sportowego).
- Moje wrażenia: Na pierwszą wizytę szedłem z duszą na ramieniu, spodziewając się komandosów żujących szkło. Zastałem… informatyków, lekarzy, studentów i emerytów. Normalni ludzie!
- Wymóg: Staż kandydacki. Musisz być członkiem klubu przez minimum 3 miesiące, zanim w ogóle pomyślisz o egzaminie. To czas na naukę strzelania i integrację.
Krok 2: Patent Strzelecki – czyli matura z karabinu
Po trzech miesiącach nadchodzi sądny dzień. Egzamin na Patent Strzelecki. To prawo jazdy w świecie broni. Bez tego ani rusz. Egzamin składa się z teorii i praktyki.
- Teoria: Musisz wykuć na blachę Ustawę o Broni i Amunicji (UoBiA). To lektura tak pasjonująca, że polecam ją jako lek na bezsenność. Ale uwaga – na egzaminie nie ma miejsca na błędy. Jedna pomyłka w kluczowych pytaniach i „do widzenia”.
- Praktyka: Pistolet, karabin, strzelba. Musisz wystrzelać skupienie. Ręce mi się trzęsły tak, że bałem się, iż trafię w tarczę sąsiada. Ale udało się.
Wskazówka: Nie lekceważ strzelby. To wielka rura, która robi dużo hałasu i siniaki na ramieniu, ale daje najwięcej frajdy.
Krok 3: Licencja i badania – czy jestem wariatem?
Gdy masz już patent, występujesz o licencję zawodniczą PZSS. To formalność, ale konieczna, by utrzymać pozwolenie na broń w przyszłości (musisz potem startować w zawodach, żeby ją przedłużać).
Teraz najciekawsze: badania lekarskie. Musisz odwiedzić:
- Okulistę.
- Psychiatrę.
- Psychologa.
- Lekarza orzecznika.
Wizyta u psychologa to przeżycie samo w sobie. Rozwiązujesz testy na inteligencję (tak, sprawdzają, czy potrafisz dopasować klocki) i testy osobowości. Pytania typu: „Czy słyszysz głosy, których nie słyszą inni?” albo „Czy czujesz, że ktoś cię śledzi?”. Starałem się nie odpowiadać zbyt sarkastycznie. Po kilku godzinach i wydaniu kilkuset złotych dostałem papier: „Zdolny do posiadania broni”. Uff. Nie jestem wariatem. Mam to na piśmie!
Krok 4: Wizyta Dzielnicowego i starcie z WPA
Mając komplet dokumentów (wniosek, badania, patent, licencja, zaświadczenie z klubu), wysyłasz to wszystko do WPA (Wydział Postępowań Administracyjnych) Komendy Wojewódzkiej Policji.
I wtedy następuje cisza. Czekasz. Aż pewnego dnia dzwoni telefon. – „Dzień dobry, tu dzielnicowy. Wpadnę na kawkę pogadać o panu.”
Wywiad środowiskowy. Policjant przychodzi do domu, sprawdza, czy nie bijesz żony, czy nie robisz awantur po alkoholu i czy sąsiedzi nie uważają cię za lokalnego Pablo Escobara. Mój dzielnicowy okazał się świetnym gościem. Pogadaliśmy o piłce, sprawdził, czy mam gdzie postawić sejf, i poszedł.
Ważne: We wniosku o pozwolenie na broń warto od razu wnioskować o pozwolenie na broń sportową do celów sportowych ORAZ sportową do celów kolekcjonerskich. To jeden wniosek, te same badania, a dostajesz promesy na kilkanaście (lub więcej) sztuk broni!
Krok 5: Szafa S1 i Promesy – finałowa prosta
Po około miesiącu przychodzi list polecony. Decyzja administracyjna. Otwierałem kopertę z drżącymi rękami, jakbym sprawdzał wyniki lotto. JEST! MAM POZWOLENIE NA BROŃ!
Teraz rzeczywistość uderza w portfel:
- Kupno sejfu (klasy S1): Musisz mieć certyfikowaną szafę. Kupiłem taką, która waży 80 kg. Wniesienie jej na trzecie piętro bez windy było testem mojego małżeństwa. Przetrwaliśmy (ledwo).
- Wniosek o promesy: To takie „talony na broń”. Każda promesa uprawnia do zakupu jednej sztuki. Koszt? 17 zł za sztukę. Wziąłem od razu pięć. A co!
Krok 6: Pierwszy zakup – Czerwona Książeczka
Wchodzisz do sklepu z bronią. Czujesz ten specyficzny zapach smaru i metalu. Wyciągasz dowód i promesę. – „Poproszę tego CZ Shadow 2” – mówisz głosem, który próbuje brzmieć pewnie, choć w środku piszczysz jak mała dziewczynka.
Sprzedawca pakuje walizkę. Wychodzisz ze sklepu z własną bronią. To uczucie jest nie do opisania. Mieszanka dumy, odpowiedzialności i lekkiego niedowierzania. Potem masz 5 dni na rejestrację broni w WPA. W zamian dostajesz Legitymację Posiadacza Broni (tzw. Czerwoną Książeczkę). Od teraz jesteś pełnoprawnym strzelcem.
Czy warto było się męczyć?
Cała procedura zajęła mi około 5-6 miesięcy i kosztowała (razem z wpisowym do klubu, egzaminami, lekarzami i szafą, ale bez broni) około 2500–3000 zł.
Czy było warto? Absolutnie. Pozwolenie na broń w Polsce to nie tylko papierek. To przepustka do wspaniałej społeczności, sposób na niesamowity relaks i szkoła odpowiedzialności. Kiedy stajesz na torze, ładujesz magazynek, a świat zwęża się tylko do muszki, szczerbinki i tarczy – wszystkie problemy znikają. Zostajesz tylko ty i fizyka.
Więc jeśli się wahasz – przestań. Idź na strzelnicę. Poczuj ten zapach. A potem zacznij swoją drogę. Tylko ostrzegam: to wciąga bardziej niż Netflix.
Podsumowanie kosztów (orientacyjnie):
- Klub (wpisowe + składka): ok. 500–1000 zł
- Egzamin na Patent: 400 zł
- Licencja PZSS: 70 zł
- Badania lekarskie: 400–600 zł
- Opłata skarbowa za wniosek: 242 zł
- Szafa S1: od 1000 zł w górę


Dodaj komentarz